„Zdążyć przed zmrokiem” Tana French

„Zdążyć przed zmrokiem” zaczyna się od mocnego uderzenia. Autorka nie czeka, aż czytelnik wejdzie w fabułę, sama łapie go za kołnierz i jednym mocnym szarpnięciem wciąga w historię.

Dawno, dawno temu – dokładnie jakieś dwadzieścia lat – trójka dzieci – Germanie, Adam i Peter  -wchodzi do lasu. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że wraca tylko jedno z nich – Adam. Po pozostałej dwójce ślad ginie. Błądzimy tak pomiędzy codziennością, a przeszłością i poznajemy historię tego dziwnego zaginięcia, dzięki Robowi Rayanowi, śledczemu dublińskiej policji. Dlaczego akurat od niego? ponieważ Rob, to Adam, który wtedy ocalał. Aktualnie pracuje pod zmienioną tożsamością wraz z Cassie Maddox, również śledczą. Nikt nie wie o jego przeszłości poza Cassie. Jako, że w thrillerze zwłok nigdy za wiele, już w czasie teraźniejszym zostają znalezione zwłoki małej dziewczynki, co więcej jej zwłoki zostały znalezione tam, gdzie doszło do zaginięcia Germanie i Petera wiele lat temu. Zastanawiające, prawda? Wraz z bohaterami staramy się dojść do prawdy, a nie jest ona oczywista i banalna.

Zdążyć przed zmrokiem to dreszczyk, osadzony w przestrzeni psychologicznej. Smaczkiem jest dla mnie pierwszoosobowa narracja, to coś, co uwielbiam, ale to również coś, co można bardzo szybko zepsuć – w tym miejscu zdecydowanie udana. Jednak, za mało dla mnie szerszego wątku kryminału, bo momentami kryminał, za bardzo ustępował miejsca warstwie obyczajowej. To co przeważyło na moją pozytywna opinie, to też sposób w jaki pisze autorka. Czasem w książce mogą być niedociągnięcia, ale jeśli forma przekazu odpowiada czytelnikowi to te lekkie odejścia od gatunku można wybaczyć. Mój największy zarzut dotyczy postaci Roba, którą zbudowała autorka. Cóż, lekko naciągana. No i tu mam ogromny problem, bo nie mam jak wypunktować tych minusów, ponieważ zaczęłabym zdradzać fabułę i właściwie, aby wszystko wytłumaczyć musiałabym odkryć „tajemnicę”, a nie taka moja rola.

Zawsze twierdziłam, że człowiek to suma nie tylko zdarzeń, które nam się w życiu przytrafiły, ale również suma mechanizmów, które zatrą to co może być dla nas zbyt bolesne i nie do udźwignięcia – a pamięć – pamięć im tylko wtóruje. Jednak kiedyś przeszłość może zacząć bezczelnie wkraczać w to co teraz, jakby prawda walczyła z naszą głową i nie wygra dopóki mamy siłę walczyć.

To teraz trochę gorzkich słów. W którymś momencie, autorka wprowadziła zamieszanie w treści.

W szczegółach i elementach fabuły jaką budowała. Niepotrzebne rozdrabnianie się nad pewnymi wątkami, które są marginalne i wydaje mi się, że stanowiły jedynie zapchaj dziurę całości. To może zrażać. Nie ma też co ukrywać, że akcja toczy się dość powoli, ale ciekawie. Są retrospekcje, powroty do przeszłości, wewnętrzne rozważania, ale jak najbardziej słuszne i uzasadnione.

Życie jest teatrem, a my na codzień odgrywamy wiele ról. Jeśli „aktorzy” posługują się dobrze metodami perswazji, a wręcz manipulacji, to może się zdarzyć, że nikt nigdy nie zgadnie, kim są na prawdę. Ja wpadłam od pierwszych stron. To zdecydowanie typ lektury jaką lubię. Typ który jest dla mnie takim intelektualnym SPA.

cytat

„Dziewczyny, które zabiły Chloe” Alex Marwood

Zacznę taką głęboką myślą – tożsamość to coś, co jest nam dane na zawsze. Możemy starać się ją ukryć, bądź nawet zmienić, ale wcześniej czy poźniej sama się o siebie upomni.

Nigdy nie wiemy co czeka nas, kiedy otworzymy oczy o poranku. Czasem rano jesteśmy wolni i szczęśliwi. Wieczorem natomiast, nasze życie rozpada się na drobne kawałki,

a świat w którym żyjemy zmniejsza do czterech ścian. Tak było w przypadku dwóch młodych bohaterek. Dwie jedenastolatki, które kompletnie wcześniej się nie znały, rankiem były zwykłymi dziewczynkami, a wieczorem morderczyniami z krwią na rękach. Zostają bowiem oskarżone o zabicie małej dziewczynki o imieniu Chloe. Dziewczyny trafiają  do różnych domów poprawczych. Po kilku latach wychodzą na warunkowy, ale od czasu wydarzenia nie mają ze sobą żadnego kontaktu. Dwadzieścia pięć lat później mają już nową tożsamość i życie – co najważniejsze, nikt z ich otoczenia nie wie co zdarzyło się w przeszłości. Los jednak chce, aby znów się spotkały. Natykają się na siebie z powodu morderstw kobiet, do których dochodzi w nadmorskim miasteczku. Okazuje się, że jedna z naszych bohaterek, jako dziennikarka przyjeżdża zebrać materiały na temat morderstw, a druga jest osobą która znalazła ciało zamordowanej kobiety. Ich drogi ponownie się krzyżują, a przeszłość zaczyna je doganiać. Dziewczyny muszą zrobić wszystko, aby koszmar nie wrócił – pytanie – jak daleko się posuną?

Czytałam książki Marwood w dość specyficznej kolejności. Pierwsza „Zabójca z sąsiedztwa”, następnie „Najmroczniejszy sekret”, a teraz „Dziewczyny, które zabiły Chloe”. Bez wątpienia i zdecydowanie wszystkie pozycje Marwood mają w sobie to coś. Bagienko ludzkiej natury, wariacje wielu charakterów oraz dobrze skonstruowane tło społeczne.

Jeśli ktoś oczekuje thrillera z soczystym przemocowym tłem, to takiego nie dostanie. Nie jest to również kryminał, ze skomplikowaną zawiłą zagadką.

Na pewno w książce znajdziecie dużo dobrego tła psychologicznego. Ukazanie mechanizmów postępowania ludzi w określonych sytuacjach. Piętno, wykluczenie, stygmatyzacja, patologia. Ludzie marionetki łykający każdą informację jak młoda czapla narybek. No i oczywiście cała fabuła, która ma na celu udowodnić, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Książka daje do myślenia, więc nie jest to jedynie rozrywka, ale faktycznie treść którą można sobie przetrawić.

Nie będę odnosić się do wszelkiego rodzaju rekomendacji drukowanych na okładkach, ponieważ są one dla mnie tyle samo wiarygodne, co studenci, którym masowo, akurat w dzień egzaminu coś się przytrafia. Poza tym, jeśli ktoś namaszcza książkę, jako wyczekiwany debiut roku, bądź jako najlepszy thriller roku, to kierując się tym, że książek z takimi hasłami na okładkach dostaję conajmniej naście, mam podstawy nie traktować ich poważnie. Na pewno warto zwrócić uwagę na to, że autorka otrzymała nagrodę im Edgara Allana Poe, a to, odkładając moje pokłady cynizmu na bok, wydaje się jednak coś znaczyć – chyba.

Nie ma na świecie rzeczy idealnych, dlatego muszę wytknąć niektóre wady. Po ciekawym początku tempo wydarzeń zwalnia. Po pewnym czasie akcja znów przyspiesza, ale na pewno nie jest to prędkość równa przejażdżce na rollercoasterze. W niektórych miejscach książka jest odrobinę przegadana. Czasem mam wrażenie, że autorzy robią wszystko, aby napisać określoną ilość stron, do tego stopnia, że nawet na siłę rozciągają treść. Niektóre postaci odrobinie się autorce rozmazały, być może dlatego, że starała się stworzyć i pokazać czytelnikowi wachlarz ludzkich zachowań i w niektórych miejscach zrobiła się z tego papka. Trochę ponarzekałam, ale ilość tych negatywów w odniesieniu do całości to może jakieś 20%.

To niewiele! A biorąc pod uwagę całość, książka nadal pozostaje na prawdę dobra!

Cytat

To my! To my zabiłyśmy Chloe!

Jesteśmy złem wcielonym!